Moja starsza córka najbardziej na świecie nie lubi warzyw: zupy mogłyby dla niej nie istnieć, na widok buraka ucieka gdzie pieprz rośnie, a sam dźwięk słowa „kalafior” wywołuje u niej dreszcze. Mimo to kilka dni temu, jak gdyby nigdy nic, zapytała mnie, czy mamy w domu jakąś marchewkę do zabawy.

Młodsza córka od kilku dni oswaja brzydkie słowa: „Kurde, jakie dobre to masło!” – przy śniadaniu, „Kurde, coś mi wpadło do buta!” – na spacerze, „Kurde, jak ten płyn się świetnie pieni!” – w kąpieli.

„Puszku, pobawisz się z nami?”, pytają obydwie córki z miną niewiniątek, ale na wszelki wypadek stoją w bezpiecznej odległości, żeby Puszek nie zdążył ich złapać i połaskotać w odwecie za to przezwisko. Puszek woli, kiedy dziewczynki zwracają się do niego zwyczajnie „tato” albo – jeszcze lepiej – „tatusiu”.

Wspólnym mianownikiem opisanych wyżej scenek z życia jest Ziuzia Maliny Prześlugi. Lubię obserwować, jak przeczytane książki wpływają na zachowanie moich córek. To dla mnie namacalny dowód, że nasze czytanie ma sens, że literatura przenika do ich codziennego życia, wchodzi do krwiobiegu i inspiruje do zabawy – również słowem. Gdzie bym się nie odwróciła, wszędzie widzę ślady pozostawione przez Ziuzię.

Dziś mogę pisać o książce Maliny Prześlugi jedynie w superlatywach, ale… zaczęło się od falstartu. Ziuzia to jedyna książka w biblioteczce moich córek, którą kupiłam oczami. Okładka z dziewczynką i misiem oraz mnóstwem kolorowych, promieniście rozchodzących się pasów, rodem z wizji psychodelicznych, jest absolutnie przepiękna. Straciłam dla niej głowę i złamałam swoją zasadę, zgodnie z którą po okładkach wybieram książki jedynie w bibliotece, a kupuję tylko te, o których wcześniej dużo (dobrego) słyszałam. Skuszona obrazem i tytułem (moja starsza córka ma na imię Zuzia), wbrew sugestiom wydawcy, że to pozycja dla dzieci 5+, zaczęłam ją czytać mojej trzyletniej wówczas córce. To było kompletne nieporozumienie! Trzylatka nie nadążała za absurdalnym humorem Maliny Prześlugi i ledwie rozumiała jej żartobliwy język. Treść okazała się zbyt wymagająca i wykraczająca poza doświadczenia dziecka przedprzedszkolnego.

Książka wylądowała na najwyższej półce i – z okładką zwróconą do przodu – czekała na lepsze czasy. Przy drugim podejściu do lektury bystra czterolatka i jej starsza siostra z miejsca polubiły Ziuzię.

Ziuzia ma sześć lat, mamę zwaną pieszczotliwie Muchą, tatę Puszka (wbrew pozorom jest to męskie przezwisko, bo pochodzi od puszek z farbą) oraz starszą siostrę Kikę, której w głowie tylko chłopaki, makijaże i zdjęcia. Poza tym Ziuzia panicznie boi się tygrysów, ma jedno oko szare, a drugie zielone i niezwykle bujną (żeby nie powiedzieć wybujałą) wyobraźnię! Ziuzia nie wymyśla jednak niestworzonych historii na potrzeby rozmówców (jak miała w zwyczaju na przykład Pippi Pończoszanka) – ona je po prostu przeżywa: rozmawia z marchewką, udaje paprotkę, szuka w kałuży bandy robaków, które uciekły rodzicom z rozliczeń podatkowych i nadaje imiona rybikom cukrowym. W dodatku wszystkie te pomysły przychodzą jej do głowy z… pępka, który przecież w końcu do czegoś musi służyć.

Książka Maliny Prześlugi to zbiór siedemnastu krótkich opowiadań połączonych postacią głównej bohaterki. Nie ma tu jednej, głównej osi opowieści, która ciągnęłaby się przez kolejne strony, dlatego lekturę można rozłożyć na dłuższy czas bez szkody dla zrozumienia tekstu. Każdy rozdział to wgląd w mały fragment życia Ziuzi. W zwykłej scenerii domu, podwórka i zerówki Ziuzia przeżywa niezwykłe przygody, bo patrzy na świat nieco inaczej niż rówieśnicy – jednym okiem szarym, a drugim zielonym. Mamy okazję podejrzeć, jak Ziuzia szykuje się do snu, czego boi się przed pierwszym dniem w zerówce, jak radzi sobie z „depresią”, dlaczego nagle staje się małomówna, co sądzi na temat staników, jak reaguje na wieść, że jej siostra ma chłopaka, co myśli na temat nowego sąsiada albo w jaki, kurde, sposób wyraża swój podziw lub dezaprobatę.

Malina Prześluga nie porusza w swojej książce trudnych tematów, ale nawet o tych zwykłych, codziennych sprawach pisze w interesujący sposób. Sugestywnie przedstawia świat, jakim mogą go widzieć sześcioletnie oczy: szeroko otwarte, uważne i ciekawskie. Narrator Ziuzi przez całą książkę skrupulatnie buduje płaszczyznę porozumienia z czytelnikiem, sprawiając, że uniwersum Ziuzi staje się bliskie światu naszych dzieci. Wtręty sugerujące, że narratorem również jest dziecko (być może trochę starsze od Ziuzi) lub dorosły z duszą podszytą dzieckiem, odnoszą się do codziennych doświadczeń:

Wiadomo, że najlepsze eliksiry robi się z mydła, szamponu i pianki do golenia taty.

Wiadomo, że jak robi się wielkie chlup pupą w sam środek kałuży, to nie jest to ani trochę przyjemne.

Bo na kakao zawsze robi się kilka [kożuchów] zanim zdążycie wypić.

Wszyscy dobrze to wiemy – albo wiedzieliśmy, prawda?

W kilku miejscach narrator mruga okiem do dorosłego czytelnika, wplatając w opowiadane historie aluzje literacko-filmowe. Pojawia się kwiat kalafiora, okazuje się, że kalafior jest goły, mowa również o psie, który jeździ koleją, a w czasie zabawy w tajnych agentów Ziuzia i jej sąsiad Mateusz posługują się hasłem: „Jutro nie umiera nigdy”.  Ciekawe, ilu cytatów nie udało mi się odnaleźć?

Siedemnastu opowiadaniom towarzyszy siedemnaście całostronicowych ilustracji Roberta Romanowicza. Jego charakterystyczny styl, nieco teatralizujący, ocierający się o surrealizm, z zaskakującymi perspektywami, sztucznie postarzany, doskonale oddaje nastrój książki. Z przyjemnością powiesiłabym w dziecięcym pokoju plakaty z reprodukcjami z Ziuzi, bo każdy – dosłownie każdy – obraz jest prawdziwym dziełem sztuki.

Jeśli jakimś cudem nie przekonałam Was do tego tytułu, na zakończenie dodam, że Ziuzia otrzymała tytuł Książki Roku 2013 Polskiej Sekcji IBBY. Trudno o lepszą rekomendację!

TYTUŁ: „Ziuzia”
TEKST: Malina Prześluga

ILUSTRACJE: Robert Romanowicz
LICZBA STRON: 64
OPRAWA: twarda
WIEK: 5+
WYDAWNICTWO: Tashka
ROK WYDANIA: 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *