Jak mądrze wprowadzić dziecko w świat pieniędzy? Jak nauczyć je planowania wydatków, dokonywania wyborów i odpowiedzialności finansowej, skoro nawet niektórzy dorośli mają trudności z zarządzaniem domowym budżetem? Jeśli nie czujecie się na siłach, by samodzielnie udzielić dzieciom pierwszych lekcji małej ekonomii, jak zwykle z pomocą przyjdzie Wam literatura. Julek i dziura w budżecie Sylwii Wojciechowskiej, z wykształcenia prawniczki, a z powołania edukatorki finansowej najmłodszych, to książka, która powinna stać się lekturą obowiązkową w każdym domu. I to nawet jeszcze przed wręczeniem dziecku pierwszego kieszonkowego!

Julek i dziura w budżecie

Sylwia Wojciechowska jest autorką bloga Mali Moi, na którym dzieli się swoimi pomysłami na wspieranie rozwoju i samodzielności dziecka, zwłaszcza w kwestii edukacji finansowej. Zachęca rodziców do rozmów z dzieckiem na temat zarządzania pieniędzmi, podpowiada, jak mądrze dawać kieszonkowe, i radzi, jak nauczyć dziecko oszczędzania. Książka Julek i dziura w budżecie łączy zamiłowanie Sylwii Wojciechowskiej do słowa pisanego z poczuciem misji edukacyjnej i doskonale wypełnia lukę na rynku tytułów o tematyce finansowej skierowanych do najmłodszych czytelników. Jak wprowadzać dziecko w świat pieniędzy, to właśnie z Julkiem i dziurą w budżecie!

Przewodnikiem po świecie finansów jest dziecko, ośmioletni Julek, który razem z rodzicami, młodszą siostrą i szczurzycą Ratką (wbrew pozorom imię nie ma nic wspólnego z małą ratą) mieszka w szeregowym domu na przedmieściach dużego miasta. Julek, podobnie jak większość dzieci w zbliżonym wieku, zdaje sobie sprawę z wartości pieniądza, dostrzega różnice w stylu życia sąsiadów wynikające z ich stanu posiadania (pan Rozrzutnicki vs państwo Grosikowie), ale musi się jeszcze dużo nauczyć, zanim zacznie podejmować świadome decyzje konsumenckie. Dobrą radą i wyjaśnieniami służą mu rodzice i starsza koleżanka, ale i tak Julek najwięcej uczy się na własnych doświadczeniach. Dorabia do kieszonkowego, odkrywa ciemne strony pożyczki, reperuje domowy budżet, opracowuje własny plan oszczędzania, a także uczy się, że dobra zabawa bywa cenniejsza od pieniędzy.

Pomysł Sylwii Wojciechowskiej, by zaznajomić dzieci z podstawami zarządzania finansami nie za pomocą encyklopedycznych formułek, tylko historii z życia wziętych, doskonale sprawdza się w praktyce. Julek i dziura w budżecie to przede wszystkim zbiór opowiadań o przygodach sympatycznego ośmiolatka, z którym łatwo się utożsamić. Mały czytelnik bez trudu odniesie opisane w książce sytuacje do swojego codziennego życia, będzie szukał różnic i podobieństw, proponował własne rozwiązania i przede wszystkim zyska okazję do rozmowy na temat pieniędzy. W tekście pojawia się dosłownie kilka trudniejszych wyrażeń (np. odsetki, poduszka finansowa, wolny rynek, marża, popyt czy podaż), które są wyjaśnione w przystępny i zapadający w pamięć sposób. Julka i dziurę w budżecie bardzo dobrze się czyta, książka jest napisana lekko i z humorem i z powodzeniem można ją traktować jako zwykłą lekturę dla przyjemności, a nie tylko „książkę edukacyjną”. Sylwia Wojciechowska pracuje już nad drugą częścią przygód Julka, a w planach jest również zeszyt zagadek i rebusów finansowych powiązany z książką. 

Niewielki kwadratowy format, twarda oprawa, czarno-białe ilustracje Mirioli Dzik (znanej jako KURA) i kolorowy akcent na okładce – tak właśnie wygląda pierwsza książka o finansach Waszego dziecka. 

Julek i dziura w budżecie  Julek i dziura w budżecie  Julek i dziura w budżecie  Julek i dziura w budżecie  Julek i dziura w budżecie

KONKURS

Jeśli chcielibyście podarować dziecku książkę Julek i dziura w budżecie, macie szansę wygrać jeden z trzech egzemplarzy w naszym konkursie. Żeby zdobyć nagrodę, napiszcie w komentarzu na blogu pod tym wpisem, na co zbieraliście pieniądze w dzieciństwie (i co z tego wynikło). Konkurs trwa od 14 marca 2018 do 21 marca 2018 do godziny 23:59. Wybierzemy trzy odpowiedzi, które najbardziej nam się spodobają. Wyniki ogłosimy w zaktualizowanym wpisie w ciągu trzech dni od zakończenia konkursu. Powodzenia!

WYNIKI

Dziękujemy Wam za udział w zabawie. Książki o Julku trafią do:

Ewy, która jako dziecko zbierała „na emeryturę”, Kingi, która padła ofiarą hiperinflacji oraz Agnieszki C., która nie została słynną pianistką. Gratulujemy!

Drogie Dziewczyny, napiszcie do nas wiadomość prywatną z adresem i numerem telefonu.

TYTUŁ: Julek i dziura w budżecie
TEKST: Sylwia Wojciechowska
ILUSTRACJE: Miriola Dzik  
LICZBA STRON: 112
OPRAWA: twarda
FORMAT: 16 × 16 cm
WIEK: 5+
WYDAWNICTWO: Mali Moi
ROK WYDANIA: 2017

20 thoughts on “Książka z ekonomii – „Julek i dziura w budżecie” Sylwia Wojciechowska”

  1. Z siostrą zawsze odkładałyśmy pieniądze na coś większego, żeby ich od razu nie wydać. Ponieważ przechowywali je rodzice, to część pewnie była zagospodarowana przez nich 😉 ale pewnego dnia z tych pieniędzy została zakupiona kamera 🙂 oj, ale się działo 🙂 mogłyśmy z siostrą nagrywać filmiki i potem je oglądać, niektóre do dzisiaj zapadły mi w pamięć, np. wywiad z tatą, podczas którego z humorem odpowiada na wymyślane przez moją siostrę pytania 🙂

  2. Nie pamiętam chyba jakiejś jednej szczególnej rzeczy, na którą zbierałam pieniądze, ale pamiętam, że zawsze byłam ostatecznie rozczarowana. Kojarzę zbieranie otrzymanych w prezencie pieniędzy na ubrania (tak, w domu bywało ciężko i ubrania kupowaliśmy sobie z bratem za własne pieniądze nie raz). Zawsze, gdy kupiłam coś, co podobało mi się na moich koleżankach, na mnie wyglądało jednak nieciekawie, uwierało i nie pasowało. Tak – dziecięce potrzeby często wynikały z upodobania sobie czegoś u rówieśników. W każdym razem wniosek nasuwa mi się jeden – żeby podejmować dobre i zadowalające decyzje finansowe, jako dziecko trzeba wiele razy pieniądz zmarnować. Drodzy rodzice, pozwólmy dzieciom robić błędy – te z pieniędzmi związane też.

  3. Zbierałam na magnetofon „ jamnik „ taki na dwie kasety 🙂
    Bardzo
    Bardzo chciałam Go mieć
    Rodzice coś mi chyba dołożyli i w końcu jamnik zamieszkał w nadzym domu ( to byl 1991 rok 🙂
    Rok wcześniej urodziła się moja Druga siostra i pewnego dnia „ rozprawiła „ się z moimi kasetami , których miałam 2 sztuki .
    Późnej zbierałam Wiec na kasety ( to był szał )
    A jsk byłem starsza odkładałam
    Na ciuchy i kosmetyki 🙂
    Pozdrawiam

  4. Moi rodzice chyba nie przyłożyli się do nauki ekonomii u mnie. Generalnie nie miałam kieszonkowego tylko tyle co np na urodziny czy imieniny od rodziny dostawałam. Zbierałam sobie na jakąś ‘wymarsoną zabawkę’ , pamiętam że marzyłam o domku dla lalek ale nigdy nie mogłam wykorzystać pieniędzy bez akceptacji wydatku przez rodziców. Nie mogłam kupić sobie domku dla lalek bo w tamtych czasach to było tak drogie że nigdy wydatek nie został zaakceptowany zwłaszcza że nigdy tak dużej kwoty nie uzbierałam. Mam 2 córki i ich edukację dot. pieniędzy i oszczędzania planuję zupełnie inaczej. Chciałabym żeby były odpowiedzialne za swoje decyzje i z swoje pieniądze. Chciałabym żeby widziały że decydując się na coś muszą zrezygnować z czegoś innego, że tych pieniążków już w portfelu nie będzie. Ja nie rozumialam dlaczego rodzice nieb pozwalają mi na ten domek dla lalek. Stwierdzenie ‘za drogie’ było dla mnie zbyt abstrakcyjne.

  5. A ja zbierałam na lalkę bo gdy miałam 8-lat bardzo modnie było mieć choć jedną lalkę typu Barbie. Na “Barbie” nie nazbierałam ale były tzw. podróby (tyle że im się nogi nie zginały) i na taką podróbę nazbierałam. Jezu jak się cieszyłam gdy mi Mama mi taką lalkę gdzieś kupiła! (niewiem gdzie bo wtedy były takie czasy że nic nie było a jak było to za dolary w pewexie) Nawet imię jej nadałam – “Lisa”. Niestety długo się nią nie nacieszyłam bo jedna z moich młodszych sióstr (a miałam ich wtedy 2) mi pozazdrościła, skądś wyciągnęła nożyczki i nikt nie widział zrobiła “nową” fryzurę dla mojej lalki. Gdy zobaczyłam “grzywkę” u Lisy to płakałam i płakałam i płakałam… Do tej pory “widzę” tą moją nieszczęsną lalkę z wystrzyżonymi z przodu włosami. Oczywiście żadna z sióstr się nie przyznała do popełnionej zbrodni. Stare czasy 🙂

  6. W moich szkolnych czasach zbieraliśmy oszczędności wykorzystując książeczkę PKO i wpłacając pieniądze u wychowawczyni. Taka pierwsza lekcja dysponowania własnymi zasobami finansowymi. Za to moja młodsza siostra zbierała pieniądze “na konia”. Potem poszła że swoim majątkiem (kieszeń drobniaków) do sąsiada i chciała od niego konia odkupić. Minę sąsiada pamiętam do dziś 😉 Ostatecznie poprosił, by wróciła, jak będzie miała pełną reklamówkę pieniędzy, a nie kieszeń.

  7. Gdy zamykam oczy przenoszę się w świat beztroskich lat… Widzę małą Agniesię, która ma przed sobą “kota-skarbonkę” i stara się oszczędzać. Za pierwsze oszczędności do dziś pamiętam kupiłam sobie porcelanową figurkę- sowę z książką. Tak mnie się ona podobała, że musiałam ją mieć. Kiedyś, dawno, dawno temu oszczędzałam, aby kupić mojej najmłodszej siostrzyczce całą serię pluszowych Teletubbisiów. Chyba je Państwo pamiętają. Uśmiech siostrzyczki był bezcenny. A z takich większych oszczędności to oszczędzałam mając już naście lat na farbę z moimi siostrami. Rodzice wyjechali weekendowe wczasy, a myśmy zostały pod opieką dziadzia. Przemalowałyśmy sypialnie rodziców w mig, dziadzio też nam pomógł. A rodzice… ale byli zadowoleni po powrocie. Oszczędzanie w dzieciństwie nauczyło mnie, że daje radość- nie tylko samej sobie ale i innym i to było piękne.

  8. Oh ja pamiętam zbieranie jeszcze w milionach 🙂
    Taki chyba najbardziej pamiętny zakup “za swoje” to gierka wilk i kury – hmm nie wiem jak to lepiej wytłumaczyć – mały prostokąt, z wilkiem na środku i 4 kurami na grzędach po bokach. 4 guziczki i wilk kradnie jaja kurom. Jaja spadają coraz szybciej a mistrzem podstawówki zostanie ten, kto “zamknie” 3 cyfrowy licznik 🙂 Gierkę kupowało się “na placu!” Tak – na to uzbierałam sama 🙂
    Trochę później lepsza w oszczędzaniu była moja siostra i to jej wmawiałam jak to bardzo potrzebuje jakiejś konkretnej kasety 🙂 albo płyty (niekoniecznie legalnej bo na legalną nawet siostra nie uzbierała) i ona kupowała a korzystałyśmy we dwie 🙂

  9. Jako dziecko PRLu oszczędności składałam na książeczce SKO w szkole, ale nie pamiętam, co robiłam z uzbieranymi pieniędzmi. Do dziś natomiast pamiętam “interes życia”, który zrobiłam, rozmieniając pieniądze u taty. Miałam wtedy jakieś 5-6 lat. Dostałam monetę pięciozłotową od babci. Z koleżanką chciałyśmy iść na lody z automatu, które w czasach PRLu były wielkim rarytasem, jeśli porównamy je np. z tzw. wyrobem czekoladopodobnym, który można było kupić w sklepie. Ryzykowałyśmy życie, chodząc po te lody do lodziarni, do której musiałyśmy przejść przez czteropasmową ulicę w miejscu, gdzie nie było przejścia dla pieszych (przypominam: dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym ). Lody kosztowały 2 zł 50 gr, poprosiłam więc tatę, żeby rozmienił mi pieniążek. Tata stwierdził, że nie ma 5 zł w drobnych, ma tylko 2,5 zł. Zgodziłam się na taką wymianę Jak widać “rekinem biznesu” nie byłam i tak mi zostało do dziś Książka by się przydała i mnie i moim trzem “jabłkom”, które padły niedaleko od “jabłoni” i uwielbiają zakupy, a nie poddają się refleksji, skąd się biorą pieniądze

  10. Bardzo różnie z tym zbieraniem bywało, bo dosyć rozrzutna byłam w tamtych czasach, a moi rodzice przymykali na to oko. W naszym wiejskim sklepiku kupowałam więc gumy donald, gumy turbo, oranżadę w proszku i irysy- na szczęście nie tylko dla siebie, ale też dla moich przyjaciół, z którymi potem urządzaliśmy sobie “pikniki wolności pod dębem”.
    Kiedy już jednak udało mi się coś odłożyć, to każdą większą sumę przeznaczałam na kasety (jakim cudem były dostępne w wiejskim sklepiku – to do tej pory nie wiem). Najwięcej pieniędzy wydałam na kasety New Kids on the Block, to była moja wielka miłość. Nie zabrakło też Varius Manx czy Wilków…
    “Julek i dziura w budżecie” zapowiada się super i na pewno w naszej biblioteczce brakuje takich lektur. Na razie w temacie domowych budżetów wspiera nas tylko “Basia i pieniądze.”

  11. Ja oszczędzałam na książeczce SKO w szkole i zbierałam na wyjazd na wycieczkę w góry, ale nie doszło do jej organizacji bo nie wszyscy oszczędzali i w konsekwencji kupiłam sobie składany Rower Wigry. Rower ten mi długo służył dopóki sam ze starości się nie złożył. Później oszczędzałam w śwince ale gdy ją otworzyłam po jakimś czasie okazało się, że siostra podbierała mi pieniące na płyty pocztówkowe na adapter, a ja zbierałam sobie na małe radyjko, ale i tak ją kocham.

  12. Kompletnie nie pamiętam zbierania “na coś” w dzieciństwie. Nie było w moim domu tradycji “kieszonkowego”, czasem pieniądze dostawałyśmy z siostrami w prezencie. Oczywiście były wydawane na bieżąco, natychmiastowo, najpierw na słodycze później na ubrania. Być może stąd moje braki w edukacji ekonomicznej, dotkliwe szczególnie pod koniec miesiąca 😉 mojej trójce lat 5, 6 i 8 zakupiłam oczywiście skarbonki. Najmłodszemu synowi tak się świnka spodobała, że przez kilka dni się z nią nie rozstawał, nosząc ciągle w ręce. Któregoś popołudnia siedzieliśmy wszyscy na kanapie i oglądaliśmy bajkę, syn oczywiście ze świnką w dłoni. Siedzi siedzi aż tu nagle wziął zamach i po prostu rzucił świnką jak piłką! Upadła na podłogę i rozbiła się w drobny mak. Wyraz totalnego osłupienia i szoku, jaki malował się na twarzy syna był porażający. Wszyscy zaczęli się śmiać, ale synek rozpłakał się żałośnie, łzy lały się strumieniem, ja próbowałąm go uspokoić a rodzeństwo rozbawione dociekało, dlaczegóż to brat wykonał fatalny rzut świnką??? W końcu synek przez łzy wykrztusił: mamo, bo ja ją tak trzymałem i trzymałem ona była taka okrągła i mi się pomyliło myślałem że to piłka!!! 🙂 🙂 Mam nadzieję, że spektakularne rozbicie skarbonki nie będzie miało symbolicznego wpływu na finansowo-ekonomiczną przyszłość syna, a chętnie doedukowałabym i siebie, i dzieci lekturą “Julka i dziury w budżecie”. Pozdrawiam! 🙂

  13. Babcia i dziadek narzekali na wysokość emerytury, więc jako dziecko zbierałam “na emeryturę”. Nie bardzo wiedziałam co to znaczy, ale gdy tylko pokazywałam świnkę skarbonkę i z dziecięcą radością oznajmiałam na co zbieram, grosiki same wpadały. Oszczędności nie dotrwały do mojej emerytury, ale może to i lepiej, bo “po drodze” zmienił się ustrój państwa, była denominacja, więc i tak nic by z tego oszczędzania nie było. Nie pamiętam bym coś konkretnego sobie za te oszczędności kupowała, ale od czasu do czasu po szkole szłam do lodziarni na lody, “za swoje”.

  14. Odkąd zaczęłam dostawać od rodziców i dziadków pieniądze byłam uczona, że warto nie wydawać wszystkiego od razu na słodycze tylko lepiej odkładać je i potem kupić sobie coś fajnego. Wzięłam sobie te słowa do serca i szybko zrozumiałam, że oszczędzanie jest fajne. Pierwsza duża rzecz na którą odkładałam to był komputer, uzbierałam połowę kwoty (a na 10-latkę były to naprawdę duże pieniądze), resztę dołożyli rodzice i dostałam swój wymarzony pierwszy komputer. Potem była wieża, tu całą kwotę zebrałam sama i kolejna z większych rzeczy to jeszcze aparat cyfrowy, ale wtedy byłam już nieco starsza. Tendencja do oszczędzania została mi do dziś, wolę odkładać pieniądze niż wydawać je na głupoty i swoje dziecko zamierzam uczyć tego samego, bo jak widać przynosi to efekty.

  15. Ja zbierałam na barbie z długimi włosami, które można było czesac. Niestety nie udało mi się to ,bo zawsze sobie pozyczalam ze świnki skarbonki na bieżące, palące potrzeby. Na szczęście Św Mikołaj się nade mną zlitowal i wysłuchał moich próśb, w innym wypadku nigdy nie zostalabym posiadaczką owej lalki.

  16. Moje początki z oszczędzaniem nie zaczęły się najlepiej… otóż padłam ofiarą hiperinflacji:). Zbierałam pieniądze w SKO w szkole. Chciałam kupić sobie plastikowe warzywka do zabawy. Pewnego dnia Pani powiedziała,że nie będzie już prowadzić SKO i wypłaci wszystkim pieniądze. Nie martwiłam się, bo uzbierałam całą potrzebną kwotę( a miałam dostać jeszcze odsetki!). Pieniędzy było zaskakująco mało… mimo to poszłam do sklepu , były warzywka ale …. wystarczyło mi tylko na ołówek. Pamiętam go do dziś był niebieski i zakończony główką misia. W szkole wszystkim się podobał, a ja po latach dowiedziałam się ,że w tym czasie była hiperinflacja i nie tylko ja straciłam swoje oszczędności.

  17. Pamiętam, że jak byłam mała, zbierałam kasę na bluzę Backstreet Boys, moja miłość Brian, miałam wtedy z 10 lat:) Niestety miałam miękkie serce i któregoś razu mama piorąc białe rzeczy w pralce nie zauważyła, że była tam też jedna czerwona koszulka. Po wypraniu wszystkie rzeczy miały kolor różowy i w przypływie troski o budżet domowy oddałam mamie oszczędności na nowe koszulki. Mama chyba była nawet wzruszona moją postawą. Oczywiście później jak widziałam moją bluzę w sklepie to serce mi pękało, ale mama sama mi ją kupiła jako podziękowanie:)
    Dzieląc się, zyskujemy 😀

  18. Od zawsze chciałam być mamą więc jako mała dziewczynka zbierałam pieniądze na lalkę, która płacze, mówi i siusia! Jednak moja niecierpliwa osobowość stwierdziła, że tu potrzebny jest porządny plan działania. Rodzice za każdym razem powtarzali mi, że kupią lalkę jak będą spali na pieniążkach. No cóż… Pewnego wieczora pod kołdrą czekały na nich moje wszystkie drobniaki, łącznie z 10 zł 😉 Dziadziuś był tak dumny z mojej przedsiębiorczości, że postanowił sprawić mi prezent bez okazji, a z ust rodziców już nigdy nie usłyszałam, że kupią mi coś jak będą spali na pieniążkach.

  19. Świnki skarbonki. Dwie. Pojawiły się w moim życiu gdy miałam 7 lat, a moja siostra 5. Moja była pomarańczowa, siostry różowa. Zapełnialiśmy je każdą otrzymaną monetą, a kiedy dostawałyśmy pieniądz papierkowy, zaraz biegłyśmy do rodziców, by nam go rozmienili na drobne, abyśmy mogli nakarmić nasze skarbonki. Cel mojej zbiórki był jeden. Marzyłam o organkach. Choćby najmniejszych.
    Kiedy poszłam do pierwszej klasy, zaprzyjaźniłam się z dziewczynką, która od dwóch lat chodziła na lekcje pianina i uczyła się grać. Kiedy odwiedzałam ją w domu, z zazdrością patrzyłam na jej wielkie pianino i to jak umie pięknie grać. Wiedziałam, że moich rodziców nie stać na lekcje nauki gry na pianinie ani tym bardziej na zakup pianina. Ale pewnego dnia podczas zakupów zobaczyłam w dziale z zabawkami nie organki, a takie większe organy. Stałam jak zaczarowana i patrzyłam na nie. I wtedy postanowiłam, że będą moje.
    Rodzice się trochę dziwili, po co mi ograny, skoro nie będę umiała na nich grać, ale ja się uparłam. Odkładam na te organy półtora roku, ale się udało. Kiedy już trafiły w moje ręce zaczęłam się uczyć najprostszych melodii zaczynając od “wlazł kotek na płotek” czy “jedzie pociąg z daleka”.
    Słynną pianistką nie zostałam, ale ku uciesze całej rodziny opanowałam podstawy gry na organach i podczas Świąt Bożego Narodzenia grałam melodie kolęd.

  20. Ja zawsze zbierałam na słodycze, które dokupowałam do paczki jakie dostawałam od rodziców z pracy na mikołaja!
    To był nasz rytuał, mój i siostry! Paczki obfitowały w różne słodkości, ale my zawsze do nich oszczędzałyśmy, żeby dokupić to, czego nam będzie brakowało. A zawsze kończyło się tak, że już niczego nie potrzebowałyśmy, a z zaoszczędzonych pieniędzy mogłyśmy w tajemnicy z mamą kupić tacie prezent gwiazdkowy, a w tajemnicy z tatą kupić prezent dla mamy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *