Możecie próbować się bez niego obejść, jasne! Żyjemy w wolnym kraju i jeśli nie macie ochoty korzystać z jego pomocy, proszę bardzo, droga wolna, Wasz wybór. Ale jeśli potem nie zapłacicie rachunku za balet na czas, zapomnicie o wizycie o lekarza umówionej z półrocznym wyprzedzeniem albo nie dacie dziecku do szkoły dwóch rolek po papierze toaletowym, otoczaka wielkości dłoni i żwirku do robienia kaktusów „na wtorek po długim weekendzie”, to będzie tylko i wyłącznie Wasza wina. Bo przecież to wszystko można było zapisać w kalendarzu. Najlepiej biurkowym, bo gdzie jak gdzie, ale przy biurku przed komputerem siedzicie z pewnością każdego wieczora, kiedy już przeczytacie dzieciom książkę na dobranoc, uprasujecie mundurek i nastawicie zmywarkę. Moja dotychczasowa próba zapanowania nad rodzinno-szkolno-pracowym chaosem na tablicy korkowej się nie sprawdziła, bo mieści się na niej tylko strona z aktualnym miesiącem, a nierzadko planuję coś z dużo większym wyprzedzeniem. I potem piszę na skrawkach papieru, które mi notorycznie giną – i umarł z butach. Właśnie mi się przypomniało, że nie wiem, gdzie zapisałam termin przyszłorocznej wizyty młodszej córki w poradni. Ups. Ale do rzeczy! W związku z tym, że niedługo zaczniecie się rozglądać za kalendarzami, podrzucam Wam namiar na elegancki i zabawny kalendarz biurkowy Kota Jaśniepana. Nie tylko dla miłośników kotów – chociaż tylko oni pokiwają głową z pełnym zrozumieniem dla części opisanych sytuacji. A czy wspomniałam już, że razem z wydawnictwem Dwukropek przygotowałam konkurs, w którym można wygrać aż 5 kocich kalendarzy? Nie? Zapraszam do lektury.

Kalendarz kota Jaśniepana 2019Jak na trzydziestolatkę Magdalena Gałęzia ma naprawdę imponujące CV: jeździła ciężarówką, była instruktorką nauki jazdy, kasjerką, przedstawicielką handlową, projektantką galanterii upcyklingowej, prowadziła również własny sklep zoologiczny. Na swojej stronie internetowej przyznaje, że co kilka lat zmienia zawód, ale jedno pozostaje niezmienne: miłość do kotów. Niezwykły zmysł obserwacji, zdolności plastyczne i ogromne poczucie humoru Magdaleny Gałęzi złożyły się na bardzo oryginalną całość: komiksowe przygody kota Chucka, znanego w blogosferze jako Jaśniepan. Profil autorki na Facebooku obserwuje prawie 50 tysięcy osób, a charakterny (żeby nie napisać złośliwy) kocur opuścił domowe pielesze i wypuścił się w świat. A dokładniej – na kalendarze i notesy, które sygnuje własnym pazurem i kociwłosem. Efekt możecie podziwiać na zdjęciach:

Trzy lata (2018, 2019, 2020) w pigułce na kolejnych trzech stronach.
Wiecie, kiedy najintensywniej pyli szczaw, komosa i leszczyna?
Jedna strona to jeden tydzień. Miejsca w sam raz na skrótowe notatki. No i żeby zmieścił się komiks!
Moją młodszą córkę niezmiernie bawi odgłos wydawany przez Koci ogon.
Każdy znak zodiaku doczekał się Kociego opracowania.
Koty nie znają się na ludzkich komplementach…
Amen.
Cóż, ja nie mam kota, ale mam podobne wrażenia, kiedy sprzątam dom z zabawek córek.
Kalendarz stoi tak solidnie, że udźwignie nawet najbardziej nieprzyjemne zapiski (np. termin wizyty u dentysty czy obcinania kocich pazurów).
A jak się go położy, to ładnie leży. I dobrze się komponuje z kawą. Najlepiej w Dżinowym kubku.
Kalendarz ma fajne, grube strony.

Po obejrzeniu poglądowych zdjęć wiecie już, że wydawnictwo Dwukropek stanęło na wysokości zadania i przygotowało Jaśniepanowi naprawdę godny kalendarz. Jeśli nie możecie się już doczekać cotygodniowych wybuchów śmiechu na widok kolejnych komiksowych dymków, możecie go zamówić na stronie wydawnictwa (TUTAJ). A jeśli macie jakieś zabawne historyjki z kotami w zanadrzu, możecie spróbować swoich sił w konkursie.

KONKURS

Konkurs trwa od 9 listopada 2018 r. do 18 listopada 2018 r. do godziny 23:59. Do wygrania jest pięć egzemplarzy kalendarza biurkowego Kota Jaśniepana wydawnictwa Dwukropek. Zadanie polega na umieszczeniu w komentarzu pod tym wpisem na blogu krótkiej (do 10 zdań) zabawnej historii związanej z kotem (własnym lub cudzym). Opowieści, przy których zapluję ze śmiechu monitor kawą, zostaną nagrodzone kalendarzami. Wyniki pojawią się w zaktualizowanym wpisie w ciągu trzech dni od zakończenia konkursu. Wysyłka nagród na terenie Polski. Zacieram już rączki na Wasze historie!

WYNIKI

Serdecznie gratuluję: magdalena szkoda, Ameba, mama:), Katarzyna i monika. Prześlijcie dane do wysyłki nagród na adres: dzinztomikiem@gmail.com.

TYTUŁ: Kalendarz biurkowy Kota Jaśniepana 2019
ILUSTRACJE: Magdalena Gałęzia / milozwierz.com
WYDAWNICTWO: Dwukropek
ROK WYDANIA: 2018 

6 thoughts on “Kalendarz z pazurem – „Kalendarz kota Jaśniepana 2019” Magdalena Gałęzia”

  1. Pamiętam jedną z takich historii, które wydarzyły się wieki temu (miałam wtedy sześć lat), ale śmiejemy się z niej do dzisiaj. Mieliśmy na osiedlu bezpańskiego kota, który upodobał sobie kilka mieszkań i co rano je odwiedzał. Oczywiście do nas też przychodził wcześnie rano i najczęściej zostawał aż do wieczora. Tata z kolei miał zwyczaj zostawiania swojej czapki na lodówce, co nie bardzo podobało się mamie, ale oduczyć go tego nijak nie mogła. Któregoś dnia kotuś jak zwykle sobie hasał po mieszkaniu a tata właśnie wybierał się do miasta po zakupy, sięgnął po czapkę leżącą na lodówce, założył ją na głowę i…słowa, jakie wtedy usłyszałam z ust ojca nie nadają się do publikowania 😉 Mina taty – bezcenna! Po prostu kotek zrobił sobie z czapki toaletę a że jeść lubił, to i sporo w tej czapce zostawił 😉 Cała zawartość spłynęła malowniczymi strugami na tatę w momencie, gdy z rozmachem nałożył czapkę na głowę, a my pokładaliśmy się ze śmiechu, choć tatę najwyraźniej cała ta sytuacja bawiła najmniej 🙂 Kotka oczywiście nie pozwoliliśmy skrzywdzić a tata od tej pory czapkę chował do szafy 🙂

  2. Zobaczyłam go na fejsie. A on siedział na wall’u mojego znajomego i twierdził, że szuka domu. Już nie musiał. Pokochałam cały jego rudy majestat.
    Pewnego dnia sąsiad, który codziennie zaglądał na plotki do babci zobaczył mojego Kacperka:
    – A ładniejszych to nie było? – Zagadnął niby to uprzejmie. – Jakiegoś szarego, albo czarnego?
    – Przecież on jest najładniejszy! – Oburzyłam się.
    Kacperek tylko spojrzał smutno.
    Następnego dnia, gdy sąsiad zajrzał do babci, postanowiłam wyjść na podwórko i zabrać moje śliczności spod złego wzroku, coby na pewno nie został mu sprezentowany kopniak gumofilcem.
    – Kacpeeeer! Kacpeeer! – zawołałam. Bo nie żadne tam “kici kici”, tylko imię najlepiej działało na mojego koteczka.
    – Miau! Miau! Miau! – odpowiedziało mi miauczenie, którego nie mogłam pomylić z żadnym innym, no może Ryszard Rynkowski niegdyś tak śpiewał.
    Jednak gdy się odwróciłam w kierunku szopy z węglem, ku mnie leciało szaro-brudne nieszczęście. Niestety, to był mój kociak, który najwidoczniej tak się przejął, że postanowił zmienić kolor na nieco ciemniejszy.
    Od tamtej pory co wieczór szeptałam mu na uszko, że jest najpiękniejszy i chyba wszyscy mu zazdroszczą, jeśli mówią, że jest inaczej.

  3. Kiedy mieszkałam w swoim domu rodzinnym przychodził do nas kot, nie wiadomo skąd…W końcu przestał przychodzić bo już tak się zadomowił, że stał się członkiem rodziny i osiadł się na stałe:P Nazwaliśmy go Łysy (z czasem okazało się, że to ona ale nie wypadało zmieniać imienia skoro przyzwyczaiła się właśnie do tego). Był wyjątkowym kotem, co chwilę zaskakiwał nas ciekawymi sztuczkami i pomysłami. Zaprzyjaźnił się z psem mamy -Polikiem (małym rudym pieskiem) i razem gonili się po podwórku, raz Łysy Polika gonił a potem znów na odwrót, powiem szczerze że niezmiennie zaskakiwał mnie widok tej dwójki wyjątkowych”przyjaciół”. I jeśli chodzi o ciekawe historie to: Łysy był baaardzo odważnym kotem-kiedy widział psa który zbliża się do naszego podwórka od razu na niego wylatywał, żeby go odstraszyć, nie miało to znaczenia czy to jakiś mały Fafik czy dorosły owczarek (nie ukrywam, że byłam nieco przerażona kiedy w niewielkiej odległości od siebie widziałam zbliżającego się dużego,obcego psa, ale Łysy nie wiadomo skąd wyskoczył i rzucił się na niego, pies był tak zdezorientowany, że po prostu uciekł tam skąd przyszedł). Kiedy sąsiadka wracała z zakupów ni z tego ni z owego rzucił się na jej torbę z zakupami, a dzieci sąsiadów (sama dokładnie słyszałam) kiedy przechodziły obok naszego podwórka to brały na ręce swojego pudelka, żeby przypadkiem nie padł ofiarą naszego kota, dokładnie powiedziały tak: weź go na ręce bo tu mieszka ten dziki kot. Łysy nigdy nikomu nic nie zrobił, ale wieść o jego poczynaniach obiegła całą ulicę, to kot legenda haha:))

  4. Nasza panna kota rzecz jasna za wodą nie przepada. Jako że jest to czarna pręgowana (tak! tak! taki unikacik;)) ślicznota, zatem w przeciwieństwie do starszaka-kocura, biało-czarnego, z przewagą białego, kąpieli nie musiała jeszcze zażywać. A może to kwestia usposobienia? Bo kot uwielbiał się gdzieś uszlajać, ufajdać, umećkać, wrócić jak nieboskie stworzenie i kąpiel była uskuteczniana.
    Nasza Miodówa zatem myje się sama;) Choć nie zawsze;) I dwie takie przygody przywołam. Mioda, podobnie jak mucha z wiersza Brzechwy, raz postanowiła się wykąpać w… zupie;) Otóż z wrodzoną gracją wskoczyła z podłogi na stół kuchenny (stół kuchenny to naturalne miejsce bytowania kotów:P;)), a tam – na nieszczęście – stał talerz z ogórkową…. Bardzo się potem trzepało łapkami, bo kąpiel na dodatek była dość gorąca…
    I druga przygoda: dobrym miejscem do mycia się jest oczywiście… wanna. Pusta, to jasne. Bardzo często wchodząc do łazienki zastaje się Miodę w wannie, uskuteczniającą akrobacje przy zabiegach higienicznych. O różnych porach dnia to mycie się odbywa. Ostatnio usłyszałam łomot, ale jako że byłam zajęta, dopiero po pewnym czasie wchodzę do łazienki, wokół sedesu nachlapane, że ho, ho, biorę na spytki córki, ale po chwili dostrzegam małe czarne odciski łapek w sedesie;) – bo podeszwy łapek na ogół są pomijane w czasie mycia. A w kuchni siedziała naburmuszona Mioda i czterema końcówkami na zmianę potrząsała;) (Bo w 99% przypadków sedes jest jednak zamknięty, ale tak się jakoś przydarzyło…:))

  5. Oto historia na nutę Różowej Pantery.
    Trakt codziennego spaceru Jego Wysokości Kota Sąsiadów wiedzie przez podejrzanie ażurowy parkan przypominający kształtem plaster miodu:
    od dołu do góry ciągną się w nim bowiem identyczne komórki.
    Identyczne.
    Jego Wysokość Kot – o ile łaskawie opuści ogon i schyli główkę – przenika je wszystkie na wylot.
    Wszystkie.
    Oczywiście Miłosiernie Nam Skradający Się Monarcha mógłby pokonać niecną przeszkodę przełażąc przez jedną, dogodną komórkę na poziomie gruntu.
    Mógłby.
    Ale po co?
    Po co??
    Widzicie? Też nie wiecie.
    Z tego właśnie powodu Jego błękitna krew Różowej Pantery nakazuje Mu (uniżenie nakazuje, rzecz jasna!):
    a) za każdym razem zatrzymać się przed parkanem,
    b) omieść wzrokiem okolicę
    oraz
    c) (dla zmylenia niewidocznego przeciwnika) opuścić się nisko na łapach,
    aby
    d) z tzw. „nienacka” wbić się jednym, błyskawicznym susem w którąś z komórek parkanu.
    Nigdy w tę samą.
    Nigdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *